sobota, 27 sierpnia 2011

Wehikuł czasu, to byłby cud...

Wybyłem zatem. Mimo że kraj tu dziki, kraj daleki, miałem szczęście, jak sądzę, trafić na oazę. Może nawet więcej niż oazę - wehikuł czasu. Tak jakbym przekraczając próg hotelu, przechodząc przez obszerny hall i kierując się odrobinę na prawo pokonał zarazem wrota czasoprzestrzenne.

Paradoksalne, że siedząc w turystycznej mekce, pełnej przeżutej, paskudnej papki obudziła się we mnie "tęsknota" za starymi, dobrymi czasami sprzed niemal stu lat, prawda? Siedzę w kafejce hotelu stylizowanego na pokład wielkiego, klasycznego liniowca, a gdzieś za mną ktoś nieśmiało, nieumiejętnie brzdąka na pianinie.

Tu jestem ciałem...


Jak to jest, że coś tak błahego, małego, może wzbudzić tak silne emocje? Że czuję się teraz trochę tak, jakbym udawał się w dziewiczy rejs jednym z tych dawnych gigantów oceanów? Że chyba zaraz wstanę i wyjdę na pokład, dając się owiać chłodnemu, atlantyckiemu powietrzu? Nie wiem. Nierealne? Może.

To trochę tak, jakby odnaleźć coś, z utraty czego nie zdawało się nawet sprawy. Dotrzeć gdzieś, gdzie się nie szło, będąc z tego nieskończenie ucieszonym.

A tu...
... duchem.

Świecie mój, brakuje Ci czegoś. Chyba coś zgubiłeś przez lata pogoni...

1 komentarz:

  1. "Jak to jest, że coś tak błahego, małego, może wzbudzić tak silne emocje?"

    Otóż odpowiadam.. To nie coś błahego.. To muzyka.. Jestem przekonany, że ona brała w tym spory udział.. :)

    Pozdrawiam! ;D

    OdpowiedzUsuń