niedziela, 7 listopada 2010

Małpi paradoks

Świat pełen jest paradoksów... Zaskakujące, jak często poczucie naszego bezpieczeństwa wzbudzają rzeczy chwiejne, nietrwałe. Jakby wymykające się żelaznym prawo logiki i trzeźwego osądu, tkwią głęboko w naszej świadomości, tak jak solidna, mocno wgryziona w dno kotwica. Sprawia to, że chwilami balansujemy niemal na krawędzi niebytu, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Bo jesteśmy Panami Świata. A przecież jest tyle sił umykających naszej kontroli...

Choćby ogień. Ogień, wokół którego noc w noc, od (dziesiątek?) tysięcy lat ludzie gromadzili się, szukając ciepła i schronienia, przygotowując strawę, a przy tym snując fantastyczne opowieści, opiewające dawne dzieje, zarówno te historyczne, jak i te nigdy do końca nie dowiedzione, jakby z pogranicza snu i jawy. Dobroczynne płomienie zostały bez mała dobroczyńcą ludzkości, jej powiernikiem i obrońcą. Nie bez kozery to właśnie on był darem Prometeusza, który pozwolił ludziom powstać z kolan, wziąć los w swoje ręce, rzucić wyzwanie naturze.

Jak to możliwe, że ten groźny, zawistny żywioł tak wiele nam dał? Przecież wystarczyłaby jedna iskra, by pochłonąć nielicznych protoplastów całego rodzaju ludzkiego! To zdumiewające, że zamiast siać zagładę, jakby w wyniku zdobycia szczęśliwego losu na wielkiej boskiej loterii, żywioł zapewnił ludzkości byt, pozwolił jej na dobre zadomowić się na tym niegościnnym świecie.

Małpy, trzymające pion, porozumiewające się, inteligentne, ale mimo wszystko wciąż MAŁPY, względnie humanoidy, zdołały los ten nie dość, że zrealizować, to jeszcze mądrze wykorzystać. I wygrały, zgarnęły całą stawkę. Niewiarygodne. Niesamowite, że wtedy, wiele tysięcy lat temu, człowiek odnalazł w sobie to, co chyba już dawno zatracił.

Stało się wtedy coś zupełnie odwrotnego niż np. w pierwszej połowie ubiegłego wieku. Piękny czas, chciałoby się rzec. Człowiek, wspinając się na intelektualne wyżyny, wejrzał wgłąb materii, rozbijając ją na coraz drobniejsze cząstki, krok po kroku zbliżając się do zbliżenia się do uchylenia choć rąbka tajemnicy istoty wszechświata. Ale co stało się później? Hekatomba. Na ołtarzu ludzkich słabości złożeni zostali mieszkańcy Hiroszimy i Nagasaki, tak właśnie spożytkowano owoce geniuszu rodzaju ludzkiego. Co przerażające, nie był to zdecydowanie pierwszy i, co gorsza, nie ostatni taki przypadek, gdy człowiek zachłysnął się własną potęgą.

Pozostaje więc pytanie - jak to się stało, że wspomniana już małpa nie wzięła płonącej gałęzi, pragnąc poskromić za jej pomocą całej okolicy, stwarzając tym samym śmiertelne zagrożenie dla, nie przymierzając, ówczesnego świata istot inteligentnych?

Nasuwająca się myśl jest okrutnie jasna.

Ta małpa nie była człowiekiem. Jeszcze. Na szczęście.
Inaczej już dawno wszystko by spłonęło w ogniu pierwszej Hiroszimy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz