Niby nic takiego. Towarzyszy nam, odkąd kończymy naście miesięcy, początkowo pociesznie nieporadny, budzący co rusz uśmiechy na zebranych wokół nas twarzach rodzinnego gremium. Następnie, gdy już przebrniemy przez te okropne lekcje z logopedą w przedszkolu (a także inne cuda), szkoła, a dokładnie jej bywalcy, budzą w nas fascynację tym, co dotąd było "be", tj. słowami zdecydowanie wulgarnymi - często tylko do momentu pierwszej "bury" ze strony tyleż zatroskanych, co "dość poirytowanych" rodziców, ale jednak.
I tak to już jest przez całe życie, że poczynając od szkolnych wypracowań i rozprawek, przez maturalne eseje, pisma do urzędów, rozmowy o pracę, plotki na targu, a kończąc na pisaniu testamentu, wszędzie jest on z nami obecny. Truizmem jest opowiadanie o jego codziennej niezbędności, gdyż po prostu nie da się ukryć, że bez języka nie jesteśmy w stanie w pełni funkcjonować, tak jak podstarzały Beethoven, który u schyłku żywota niemal ogłuchł, nie mógł w pełni swobodnie poruszać się po świecie muzyki.
Siła wyższa, a wraz z nią proces historyczno - dziejowy zrządziły, iż naszym językiem jest, chcąc nie chcąc, polski. Mimo że wielu się to nie podoba, wiąże się z tym też pewne istotne obciążenie moralno - narodowe (spuścizna praprzodków, która scalała Naród w chwilach najcięższych, itd. itp.) i nic nie da się z tym zrobić. Stało się. Osobiście w związku z tym nie odczuwam dyskomfortu żadnego rodzaju, jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że postępowców dziwnego, antypolonistycznego typu jest całkiem sporo, ale cóż... Dzięki Bogu nie są oni w stanie wsiąść w wehikuł czasu i uczynić z I Rzeczypospolitej XIV kolonii, gdzie obowiązywałby wiadomy język urzędowy.
Malkontenci wychodzą.
W świetle powyższych słów tym bardziej rażą liczne przypadki językowych inwalidów, z największym trudem, ciężko posapując, odmieniających rzeczowniki, dopasowujących do nich przymiotniki, że już nie mówię o całym tym ambarasie związanym z przelaniem swoich "złotych" myśli na papier... Czasami jednak, cóż, ciężko jest cokolwiek z tym zrobić - poza chyba marginalnymi przypadkami sytuację taką powodują braki w wykształceniu (ciężko, ale do nadrobienia) czy w intelekcie (po ptakach).
Najsmutniejsze (jako jedyny mnie żenująco - dobijający przypadek) jest jednak istnienie grupy ludzi, którzy, będąc zasadniczo inteligentnymi, rozgarniętymi osobnikami, kaleczą swój język niejako z własnej, nieprzymuszonej woli. Jak bowiem można zareagować na przedstawiciela poważnej firmy, który na spotkaniu ze studentami posługuje się jakąś łamaną polsko - angielską nowomową, który robi benchmarki, opowiada o retail bankingu czy robi networking przy piwie inaczej, jeśli nie pustym śmiechem?
Oczywiście, rozumiem, że rozmowy w biurach mogą toczyć się w swoistym wielojęzykowym slangu, a mnóstwo technicznych terminów nie ma polskich odpowiedników bądź nic one nikomu nie mówią, jako że oryginalna wersja danego sformułowania zdążyła się już na dobre zakorzenić w ogólnej świadomości. Jednak czy wychodząc z komunikatem do rozgarniętych, oczytanych młodych ludzi trzeba klecić takie leksykalne kalectwa? Tak się buduje uznanie wśród innych, tak się zdobywa szacun?
A może to, że ktoś nie potrafi się w pełni posłużyć językiem ojczystym, jest atrybutem światowej klasy profesjonalisty?
Tylko czy taki profesjonalista, mając wyraźne problemy z polskim, opanuje dobrze jakikolwiek inny język? Czy tam też będzie wplatał słówka z innych słowników?
Jedno jest pewne - chwała mu za to, że nie próbował korzystać z wietnamskiego czy suahili.
Szanujmy swoje języki. Proszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz