Paradoksalne, że siedząc w turystycznej mekce, pełnej przeżutej, paskudnej papki obudziła się we mnie "tęsknota" za starymi, dobrymi czasami sprzed niemal stu lat, prawda? Siedzę w kafejce hotelu stylizowanego na pokład wielkiego, klasycznego liniowca, a gdzieś za mną ktoś nieśmiało, nieumiejętnie brzdąka na pianinie.
| Tu jestem ciałem... |
Jak to jest, że coś tak błahego, małego, może wzbudzić tak silne emocje? Że czuję się teraz trochę tak, jakbym udawał się w dziewiczy rejs jednym z tych dawnych gigantów oceanów? Że chyba zaraz wstanę i wyjdę na pokład, dając się owiać chłodnemu, atlantyckiemu powietrzu? Nie wiem. Nierealne? Może.
To trochę tak, jakby odnaleźć coś, z utraty czego nie zdawało się nawet sprawy. Dotrzeć gdzieś, gdzie się nie szło, będąc z tego nieskończenie ucieszonym.
| A tu... |
| ... duchem. |
Świecie mój, brakuje Ci czegoś. Chyba coś zgubiłeś przez lata pogoni...