piątek, 25 listopada 2011

Książkowy potwór?


Dziś będzie o Nim. Pamiętam, jak pojawił się i zmienił sytuację w moim mieście. Przedtem były tam dwie małe księgarnie (jedna fatalna, druga niby OK, ale stopniowo podupadająca), później doszedł Matras - był to jakiś powiew świeżości, ale tak naprawdę ile można upchać na kilkunastu metrach kwadratowych? Wreszcie, pewnego dnia, pojawił się On. Wielki, pachnący nowością, wypchany książkami i prasą, która w normalnym trybie nigdy by tu nie zawitała. A w środku ja - dzieciak kupujący za 15 zł TIME'a, łudzący się, że coś z tego zrozumie.

Tak to widziałem!

Tak, to byli czasy! Koniec wypraw do gdańskiej jaskini kultury (absolutnie magicznych! Wiecie, po co kiedyś jeździłem do Gdańska? - Do McDonald'sa, Krewetki i TAM, tylko tyle mnie interesowało.), a początek spacerów do tej mniejszej, lokalnej, ale wciąż świetnej. Z biegiem czasu dorosłem, dostrzegłem, że nie wszystko jest tam tanie, ale nadal doceniam wielki wybór, klimat spokojnego popołudnia i obcowania z tysiącami książek, albumów, gier (!).

EMPiK, bo o nim przecież mowa, mocno ostatnio obrywa, przynajmniej wizerunkowo. Nie tak dawno naraził się, wystawiając na półkach działu dla młodzieży książkę Szczuki o aborcji, a w środę ruszyła akcja "Nie karm książkowego potwora". Akcja ciekawa - mówiąca o zabijaniu czytelnictwa, wydawców etc. Jaka jest według mnie?

Aha...

Po pierwsze, niesamowicie rozdmuchana - zanim na dobre ruszyła, już swoje artykuły o niej napisała Gazeta Wyborcza czy Newsweek. Co tu wiele mówić - 3,5 tysiąca "lajków" w trzy dni to nie jest wynik spektakularny, rodzi się więc pytanie, czy jest o czym mówić? Przecież podobne akcje powstają codziennie i zapewne codziennie wygasają...

Po drugie, okrutnie niespójna. Najpierw, mierząc w EMPiK jego agresywną polityką długich terminów spłaty (wymuszany kredyt kupiecki na długie miesiące), potężnych zwrotów, opłat za promocję (od kiedy reklama jest za darmo?) czy aspiracjami wydawniczymi, kierowano ruchy nabywcze internautów właśnie na witryny wydawców.

Po pewnym czasie podniosły się głosy, że o co właściwie chodzi i dlaczego promuje się ich zamiast małych księgarni? Teraz z jednej strony obecne są głosy tych pierwszych (już z EMPiKiem pogniewanych), a z drugiej podrzucany jest fanpejdż, gdzie szeroko reklamują się mniejsi księgarze.

Organizatorzy liczą na efekt domina...

A ja się pytam - czy ktokolwiek każe wydawnictwom wysyłać książki do salonów, mrożąc tym samym pieniądze? Nie sądzę, więc skąd te lamenty, porównania do złodzieja itd.? Czy EMPiK komukolwiek nakazuje kupować tylko w swoich sklepach? Również mi się nie wydaje - mamy wolny rynek i bogaty na nim wybór.

EMPiK często jest najwygodniejszy, najbliższy czy najciekawszy jeśli chodzi o ofertę, stąd rzesze jego klientów. Gdyby nie on, ganialibyśmy za książką na prezent od księgarni do księgarni, a tak pod ręką jest olbrzymi asortyment. Co więcej, nie zdziwiłbym się, że gdyby nie ta ostra polityka, ceny książek w Polsce poszybowałyby w górę.

Uczono mnie, owszem - monopol sprzedaje mniej i drożej. Ale jakoś osobiście wolę, żeby to taki monopolista obcujący bezpośrednio z klientem brał się za łby z oligopolistami-wydawcami, niż żeby to oni dyktowali warunki, nie zważając na dobro klienta. Mniejsze zło, nie?

Coming soon...

Wreszcie, po trzecie, zastanawiam się nad charakterem całej akcji. Możliwe, że to czysty, społeczny odruch. Możliwe, że paluchy w tym maczali wydawcy. A co jeszcze jest możliwe? No cóż, za kilka miesięcy do Polski wkracza Amazon - jemu też na pewno zależy na tym, by pozycja jego największego polskiego konkurenta była, krok po kroku, osłabiana. Jakoś tak ostatnio wiele uczę się o tym, by wszędzie widzieć pieniądze... Bo kasa, niestety, jest wszędzie.

Podsumowując, róbcie jak Wam lepiej - czy taniej, czy wygodniej. Nie dajcie się sterować byle komu. Poza tym, gdyby EMPiK był taki straszny, to już by nie było. A co do argumentów dotyczących upadku czytelnictwa - jestem tu na bieżąco, Polacy czytają coraz więcej, a na rynku ląduje rokrocznie coraz więcej tytułów.
O rynek też się nie martwmy - on reguluje się sam, dbając o to, by klient był zadowolony.

Pamiętajcie! Wasze szczęście nie zależy od tego, gdzie kupujecie! :)

P.S.

Autorom akcji chyba można zaproponować poniższy kawałek ;)


czwartek, 24 listopada 2011

Szybciej...

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej

tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą

ks. Jan Twardowski

środa, 23 listopada 2011

Mikroświat, czyli prawie znam Stevena Spielberga

W 1967 roku Stanley Milgram przeprowadził pewien eksperyment. Wysłał do kilkuset losowo wybranych mieszkańców Nebraski i Kansas list, prosząc o przekazanie go jego przyjacielowi, również mieszkającego w Stanach. W razie, gdyby adresat owego przyjaciela nie znał, list miał być przekazany do osoby mogącej być "bliżej" celu. Co ciekawe, większość listów wreszcie do przyjaciela dotarła, przechodząc po drodze przez ręce średnio sześciu pośredników.

Wnioski są ciekawe - dla dużych populacji, np. mieszkańców Polski, powinno działać to na podobnej zasadzie. Czyli ja znam kogoś, kto zna kogoś znającego kogoś innego, znającego z kolei kogoś, kto zna wreszcie osobę znającą X, czyli dowolną osobę w kraju. Jest to tzw. "sześć stopni oddzielenia" - tylko tyle muszę pokonać, by mieć  w zasięgu dowolną osobę w populacji.


Fajne, nie? :) Jaki ten świat malutki. Ale teraz będzie jeszcze lepiej. Jako że od eksperymentu Milgrama minęło dobre 40 lat, co nieco mogło się pozmieniać. Badacze z Facebook Data Team także podzielili ten pogląd i oto co im wyszło z badania zależności między użytkownikami Facebooka (800 mln, czyli ponad 11% populacji świata - niezła grupa) - dystans i liczba potrzebnych skoków zmniejszyły się. Dziś potrzebujemy pięciu pośredników, by dotrzeć do 99,6% ludzi i tylko pięciu "hop", by dotrzeć do 92%.

Co jeszcze ciekawsze, wg badania w obrębie jednego kraju wystarcza dwóch pośredników, tj. 3 hopy. Dobre? Dobre! Czyli tylko dwie flaszki dzielą nas od dotarcia do dowolnej osoby w kraju. Teoretycznie. ;)

Może to tylko głupie badania, ale jakoś tak lepiej będzie mi się spało wiedząc, że prawie na pewno znam kogoś, kto zna kogoś, znającego tego, kto ma w zasięgu znajomego Stevena Spielberga czy innego "holiłud dajrektora", co kręci w Juracie. ^^